poniedziałek, 27 stycznia 2014

I gotta be out of my mind not to try this

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że cały czas wstrzymywałam oddech.
- Jeszcze raz- zażądał Eric.
Sięgnęłam nieco niezgrabnie do kołczanu, wyciągając strzałę i męcząc się trochę z poprawnym ustawieniem jej. Naciągnęłam i znów wycelowałam w sęk, tym razem nie trafiłam.
- Strzelaj dopóki nie skończą ci się strzały- powiedział ciemnowłosy chłopak i poszedł do domku.

Wystrzeliłam jeszcze kilka strzał. ,,Chyba śnisz, nie chce mi się tyle strzelać" pomyślałam. Wyciągnęłam dwie strzały zakończone pięknymi lotkami nałożyłam je i wystrzeliłam. ,,Całkiem nieźle mi idzie" stwierdziłam. Potem wystrzeliłam trzy, ale to nie był mój poziom, więc wróciłam do jednej czasem dwóch strzał. Kołczan wydawał się nie mieć końca. Kiedy w końcu wyciągałam przedostatnią strzałę usłyszałam cichy, świszczący i złowieszczy szept.
- too ta noowaa, szszszybko ssię z nią roozprrawimyy. Paanii będziiee zadowoolonaa. Taak, wróóg ussunięty- posłyszałam tuż za sobą.

Zastygłam w bezruchu. ,,Mam tylko dwie strzały i w dodatku nie wiem czy uda mi się trafić" myślałam gorączkowo. Musiałam szybko zareagować, bo czułam, że te straszne stwory zaraz zaatakują. Zrobiłam jeden krok naprzód i odwróciłam się szukając celu. Faktycznie niedaleko stały trzy stwory. Czarne jak smoła cienie z dwoma jasnymi punkcikami zamiast oczu, pyski wypełnione kłami jak u rekina. Cicho krzyknęłam, jednak na tyle głośno, by potwory zorientowały się, że je zauważyłam. Ręka z napiętą cięciwą zadrżała, gdy stwory ruszyły do ataku. Mimo strachu uniosłam łuk celując grotem w najbliższy cień, strzała utkwiła w jego piersi, pojaśniała, a zraniona istota rozpłynęła się w powietrzu. Na ziemię upadły dwie małe iskierki, jego oczy. Szybko, już pewniej wystrzeliłam drugą strzałę. Padł drugi cień. Już bez broni zaczęłam uciekać, lecz cień był szybszy. Powalił mnie, krzyknęłam o pomoc. ,,Eric, proszę, pomóż. Eric" pomyślałam, gdy stwór już rozwarł szczęki z zamiarem zabicia mnie. Nagle jego paszcza zamknęła się, znikając w cieniu drzew. Oszołomiona  leżałam na ziemi, nic nie widząc, jedynie czerń. Dopiero po chwili adrenalina opadła i zobaczyłam Erica trzymającego mnie na kolanach.
- Nic ci nie jest?- zapytał się ze źle ukrywaną troską.
- Nie, chyba nic- trzęsłam się cała.
Próbowałam wstać, ale nogi uginały się pode mną. Chłopak wziął mnie na ręce i zaniósł do chatki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz