Ocknęłam się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Wszystko mnie bolało. Szczególnie szyja. Chwila. To nie jest mój pokój. JESTEM W LESIE! OPARTA O RAMIE MELIORNA!!!!
- W końcu. Myślałem, że umarłaś na swoją wczorajszą głupotę.
Co? Wczoraj... O matko! Do stu piorunów, co ja narobiłam? To były demony valenga. Zwabiają ofiarę do swojego kręgu i ją pożerają, jak nie gorzej. Meliorn mnie uratował, przyniósł tu i... NIE powiedziałam, że go kocham. Nie kocham go! Chociaż? Nie, nie nie, to absurd. Ta rozmowa, ale ze mnie idiotka.
- To nie przypadek. One polowały na ciebie.
- Albo na ciebie.
- Siedzę tu od 120 lat, nigdy nie było takiego zamieszania.
- Że od ilu?
- Od 120 za niedługo będę miał 136, będę pełnoletni. Po waszemu skończę 17 lat.
- Czyli jeden rok u nas to osiem u was?
- Brawo, umiesz liczyć.
- Nie urodziłeś się tu?
- Nie będę odpowiadał na pytania jakiejś przygłupiej kobiety, która pcha się w pułapki demonów.
- Siedziałeś tu ze mną całą noc?
- Nie, połowę i tylko dlatego, że chciałem zapuścić korzenie pod tym drzewem. Spadam stąd.
- Dziękuję- powiedziałam, nawet jeżeli się nie odwrócił, wiedziałam, że słyszał. Z uśmiechem przygłupa, wróciłam do domu. Miałam jeszcze jakąś godzinę do budzika, więc wzięłam prysznic i zjadłam porządne śniadanie. W drodze do szkoły zdałam sobie sprawę, w jak poważnej sytuacji wczoraj byłam. Mogłam stracić życie. Nigdy nie ufaj słodkim zapachom!!! Meliorn... zrobił to z obowiązku, w końcu tak kazał mu ojciec. Pilnować mnie. Ehh... jeszcze Eric.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz